Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i do tej pory boli, to jego NAGLE obcy wyraz twarzy, pusty wzrok, bez żadnych uczuć; też szydzenie z mojego zachowania na początku, a przecież wiedział, że cierpię jak nigdy dotąd. No i zero zainteresowania, czy żyję i jak.
Teraz jednak mogę powiedzieć, że znów jestem szczęśliwa, z drobnymi przerwami.
Bardzo lubię tańczyć, spontanicznie, do wielu rzeczy. Akurat dziś zdarzyło się do Depeche Mode „Everything counts”. I śpiewać
(karaoke też super na mnie działa <3). Uwielbiam gapić się w niebo
(najlepiej chmury, bo jednolite niebo może być nudnawe 😉),
na drzewa, ptaki, zwierzęta, wodę, knot świecy/ognisko; czuć piękne zapachy:
świeżo zmielonej kawy, koszonego trawnika, letniego powietrza tuż po deszczu/burzy, letniego wieczoru, mroźnego słonecznego poranka, jesiennego podłoża w
lesie, rozpalonej słońcem ścieżki w lesie iglastym, słodki zapach szyszek (jak
ktoś pił herbatę z samowara, wie, jak cudnie pachną gorące szyszki 😉);
słuchać odgłosów świerszczy, śpiewu ptaków, mruczenia kotów, no i fajnej lub wzruszającej muzyki. To wszystko (i wiele więcej) sprawia
mi ogromną radość i jest dla mnie kwintesencją życia, zaraz po/obok relacji z
fajnymi, bezinteresownymi, wesołymi ludźmi, którym mój los i stan ducha nie
jest obojętny.

Wszyscy, którzy mają podobne doświadczenia do tego, które teraz przechodzę, ostrzegali: będzie różnie, raz lepiej, raz gorzej. W dni, w które byłam spokojna i (jak na tę sytuację) szczęśliwa, nie chciało mi się w to wierzyć, ale faktycznie, jeszcze nawet wczoraj (30.07., czyli dokładnie 25 dni od kiedy powiedział mi, że odchodzi, a potem zwodził 2 tygodnie, „żeby nie było tak brutalnie”, 19 dni od kiedy powiedziałam mu, że musi się wynieść z mieszkania od razu, bo jak mamy żyć razem, ale osobno?, i 10 dni od kiedy widzieliśmy i przytuliliśmy się po raz ostatni … to był jeden z najmilszych, najintensywniejszych i najczulszych uścisków, z mojej strony przynajmniej) ryczałam (w pracy). Wyryczałam, co miałam, i…. spokój od tamtej pory. Do tego przemiła, jak zawsze krzepiąca, ponad dwugodzinna pogawędka z Bridżet <3 Baterie pozytywnie naładowane na min. 2 dni 😊 Wreszcie widzę siebie, stare i nowe cele, moje życie. Nic na siłę, wszystko przychodzi i przechodzi samo, to naprawdę niesamowite, co czas oraz bliskość / życzliwość i dobre rady innych mogą zdziałać. Każdy kolejny dzień to dla mnie dar, czekam zawsze, co mi przyniesie, i wierzę, że przede mną dobre życie. Zdaję sobie sprawę z tego, że w życiu zawsze było, jest i będzie różnie, ale dałam radę teraz, to tym bardziej dam rade ze wszystkim innym, co mi Los przyniesie. To daje niesamowitą siłę.
Co mi pomagało/pomaga (oprócz rozmów, rzecz jasna, ale tylko z kobietami) to muzyka, ale nie smutaśna (choć jak się trafi, to czemu nie, należy się wtedy po prostu poddać tej chwili smutku, nostalgii, pięknym wspomnieniom, które teraz są aż bolesne, bo wiemy, że ich nie powtórzymy, ale czy można powtórzyć cokolwiek? Było, pozostały piękne wspomnienia, i to jest najważniejsze. Będą kolejne, w swoim czasie), i też nie jakaś super wesoła (jak np. Cotton Eye Joe)… Mnie na przykład pomogły oldies (80s i 90s), miałam dzięki temu retrospekcję do moich lat dzieciństwa, kiedy czułam się bezpiecznie, zaopiekowana, i byłam radosnym i kochanym dzieckiem. Uśmiechałam się do wspomnień, skupiłam się wreszcie trochę na sobie, bo o sobie nigdy nie możemy zapominać. Odrobina zdrowego egoizmu jest zawsze wysoce wskazana, bo tylko wtedy możemy światu coś dobrego i fajnego zaoferować, nie jesteśmy zgorzkniali i sfrustrowani. Zawsze warto się rozpieszczać, kochać i szanować siebie, swoje ciało.
Jestem na etapie, kiedy przestałam tylko i wyłącznie idealizować Męża, i obwiniać siebie o wszystko, co złe. Zaczęłam nagle widzieć całą siebie, nie tylko moje błędy, ale kopę zalet! Na pierwszym miejscu skromność ^^ Żartuję. Znam jednak swoją wartość, co do talentów to bardziej inni zawsze we mnie wierzyli, że dam radę (w tej czy innej pracy, z polecenia czy nie), że jestem w czymś dobra… I sama zaczęłam w to wreszcie niedawno wierzyć. Jak już tyle osób mówi to samo, to musi coś w tym być. Kiedyś jeden facet powiedział mi, że mężczyźni mają tendencję do przeceniania swoich możliwości, reklamowania siebie na wyrost, za to kobiety wręcz przeciwnie – mają o wiele więcej do zaoferowania niż mówią/uważają. Z wiekiem nabrałam pewności siebie, przestałam przejmować się tym, co inni pomyślą (może też mam szczęście co do ludzi tu, w Berlinie; jakoś nie odczuwam oceniania z żadnej strony, a jeśli już to same pozytywne rzeczy lub konstruktywną krytykę). Zaczęłam wierzyć w to, że jestem w wielu rzeczach dobra. Nie muszę też już niczego nikomu udowadniać, po prostu robię swoje najlepiej jak potrafię, ale nie oddaję 110% siebie, bo szkoda mi na to zdrowia, poza tym wtedy to dopiero inni zaczynają taką osobę wykorzystywać… Nauczyłam się chronić siebie i swoje zdrowie (trochę późno…), a raczej nadal się tego uczę.Ale ja tu o związku chciałam, zatem w związku ze związkiem (
^^ ) moje zalety to:
poczucie humoru (też czarne, i sucharowe); szczerość i
bezpośredniość (choć dla niektórych może nie skończyć się to tak pozytywnie),
otwartość i komunikacja; wrażliwość, empatia; chęć rozpieszczania, wspierania;
pracowitość.
Pracuję teraz nad zmianą tych moich cech, których sama w sobie nie lubię, które wzięły górę w ostatnich latach często, i przez które straciłam coś najcenniejszego w moim życiu. Jeszcze trochę i umrę idealna 😉
Mój (jeszcze) Mąż znał mnie najlepiej. Choć myślę, że nawet on często mylił się co do moich pobudek/intencji; nie zaglądał za kotarkę (czyli do przyczyn moich zachowań, choć ja sama ją bardzo często odchylałam, czyli mówiłam wprost, tłumaczyłam, skąd u mnie takie czy inne zachowanie, komentarze, często nieprzyjemne, fakt). Szkoda. Ale ja też byłam zaślepiona negatywnymi rzeczami pod koniec. I przeoczyłam przemęczenie związkiem u partnera… Oboje się nawzajem „ostrzegaliśmy”, to była kwestia czasu. Jakkolwiek nie będzie, będzie dobrze, a na pewno lepiej.


Komentarze
Prześlij komentarz