Przejdź do głównej zawartości

Czasowe "dołki" i mój wymarzony partner

 


Nie wiem, jakim cudem ten czas tak szybko leci. Od ostatniego wpisu minęły ponad 2 miesiące. Niestety mam poczucie, że niewiele się u mnie przez ten czas zmieniło. Dziś po raz pierwszy piszę nie w sosie ;-) Tydzień temu byłam szczęśliwa, od wczoraj mam dołka, pewnie przez hormony. Raz na wozie, raz pod wozem, jak to w życiu. 

Z koleżanką rozmawiałam  o wymarzonym księciu dla mnie. Powiedziała, że kiedyś, dla "żartu" napisala na karteczce, jakiego faceta sobie życzy. I po jakimś czasie faktycznie dostała go od Losu. Może nie zgadzało się wszystko w 100%, ale było "niepokojąco" blisko.

Stwierdziłam, że taki wpis/opis/życzenie nie może zaszkodzić, w najgorszym razie obejdę się smakiem i będę sama do końca moich dni, ale przynajmniej ułożę sobie w głowie, czego chcę (i czego nie).

Najpierw pokrótce, dlaczego jestem w dołku (mimo, że mam dach nad głową, całkiem miłe wnętrze chałupy, poza tym; wszystkie kończyny, niemal całkiem sprawne; wszystkie zmysły, również wszystkie sprawne; 2 cudowne koty, które bardzo umilają mi życie; itd.). Otóż: tęsknota. Za tym jedynym, konkretnym, A. Czekam na czas, kiedy nie będę tak głupio, beznadziejnie i niepotrzebnie tęsknić (no bo co mi daje ta tęsknota teraz, po 7 miesiącach?). 

Nie mamy kontaktu od początku stycznia (wtedy raz telefonowaliśmy, bo trzeba było wyjaśnić sprawę dostawcy prądu. Okazuje się dalej niewyjaśniona przez bajzel w różnych firmach i prędzej czy później znów musimy pogadać. Ale nie pali mi się, bo wiem, że będę rozmawiać z "obcym", i że on kompletnie nie chce mieć ze mną kontaktu, inaczej już by się odezwał). Jechaliśmy razem w grudniu na Święta, on do swojej Mamy, po drodze miał mnie "wyrzucić" do moich Rodziców. Nie będę o tym pisać, musztarda po obiedzie. W skrócie tylko: 3 razy zachował się dziwnie/nie na miejscu, a poza tym było ok, pogadalismy o różnych rzeczach  codziennych, i to było na tyle.

I co z tego, że wiem, że nie byliśmy kompatybilni pod wieloma względami? Jakaś głupia część mnie chyba jeszcze żywi się małą nadzieją, bez sensu zupełnie, ale nie mogę na to nic poradzić. Rozsądek mówi jedno, a serce myśli swoje. Muszę najwyraźniej jeszcze sporo odczekać.

Nie interesują mnie za bardzo inne osoby, ani nic poza tym. Może za tydzień znów się to zmieni, ale mam wrażenie, że żyję powierzchownie tylko, płynę sobie, ale bez celu i bez energii, bardziej jestem niesiona przez prąd, niż płynę, właściwie. Dlaczego myślałam, że po takim czasie będzie lepiej? Może i jest, tak ogólnie. 

Boję się być zapomniana. Jakby tych 11 lat nie było. Czytałam sporo psychologicznych "bzdetów" na temat typów osobowości, i nie napawa mnie to optymizmem. Powtarzam sobie, że mam skupić się na sobie, tylko. Nie ma co roztrząsać już, już dość przeanalizowałam siebie, ten związek, a nawet i eksa. Każdy chce czuć się kochany (z wzajemnością), i żeby ktoś się nim interesował. Ja tego nie mam. Mój trup zostałby odkryty w najlepszym razie po 3 dniach, w najgorszym po 7. Ale nie obchodzi mnie mój trup, tylko koty, które przez głodówkę mogłyby w najlepszym razie mieć problemy ze zdrowiem, a w najgorszym śmierć w męczarniach. I tego bym nie zniosła, nawet jako trup.

Wkurza mnie to, że całe moje życie, myślałam o innych, a kiedy ja zostałam kompletnie sama, każdy zajmuje się tylko sobą. Ale ja dokładnie pamiętam, kto, kiedy i jak się zachował. I oddaję/oddam z nawiązką, jeśli będę mogła (mówię o dobrych rzeczach). W czasach takiej ignorancji, egoizmu, nieumiejętności komunikowania i niechęci do tego, 100 razy bardziej doceniam te fajne, dobre osoby, które nie są obojętne. Dużo się w gronie moich znajomych i przyjaciół pozmienialo. Te z początku mojego zerwania odeszły; w jednym przypadku do tej pory nie wiem, co się stało, ghosting. 2 inne ex-koleżanki obraziły sie w temacie szczepień i zdrowia; jeden kumpel chciał ode mnie coś więcej niż przyjaźń; drugi chciał przyspieszyć mój proces żałoby, itd. W tym czasie zyskałam kilka fajnych znajomości, ostrożnie, ale kwitną, i to są zupełnie inne, dojrzalsze, spokojniejsze i kompletnie nieegoistyczne znajomości. Widać wszystko ma swoje miejsce i czas.


Czekam na czas, kiedy nie będę definiować mojego poczucia szczęścia przez kogokolwiek innego, zwłaszcza faceta. Bo to chyba jest możliwe? ;-) Miałam tak jeszcze w wieku 26 lat, nie byłam wtedy w żadnych związkach. Nie myślałam o tym nawet. 

Co do mojego wymarzonego, idealnego Księciunia (jesli już miałby sie napatoczyć), to mam następujące wyobrażenia (kolejność dowolna, w sumie):

1) wierny i lojalny, wiadomo; szczery

2) okazujący mojej osobie zainteresowanie i uwagę, szacunek i czułość; wyrozumiały

3) pracowity, ambitny, ale nie przesadnie, chętny do pomocy, nie perfekcjonista, wyluzowany, ale obowiązkowy

4) komunikatywny, chętny do rozmów, o czymkolwiek (żeby móc wymieniać się faktami, obserwacjami, wnioskami, artykułami), z obszerną wiedzą ogólną; chciałabym się od mojego partnera też czegoś o życiu nauczyć, podziwiać go

5) kochający, lub co najmniej lubiący, koty, ogólnie zwierzęta i przyrodę

6) uprawiający sport, ale nie na siłowni 5h dziennie, mam na myśli wycieczki rowerowe, spacery, ewentualnie narty itp.; silny

7) lubiący (i umiejący) jeździć autem, podróżować po świecie ogólnie

8) wegetarianin (!)

9) lubiący jazz, oldies (Sinatra etc., 80s i 90s, DM), ale tez pop, house

10) szczęśliwy, spełniony człowiek

11) potrafiący śmiać się niemal ze wszystkiego, mający podobne do mnie poczucie humoru

12) wykazujący się czasem inicjatywą, kreatywny, ale nie narzucający się/nie męczący

13) chcę mieć poczucie, że jestem dla niego najważniejszą osobą na świecie = mający podobne (a najlepiej takie same) priorytety do moich

14) tolerujący moje choroby i inne przypadłości, nie "delikatniutki"

15) dopasowany temperamentem seksualnym i potrzebami do moich

16) przystojny (dla mnie)

17) byłoby bajecznie, gdyby znał polski, angielski i niemiecki (poprawnie)

(Wytłuszczone słowa oznaczają, że tego mi w poprzednim związku brakowało. Czyli gdyby mój Eks postarał sie o tych kilka rzeczy, otworzył się, zaufał itd., byłby moim ideałem, a co za tym idzie, nie byłabym sfrustrowana i krytyczna. I happy end gotowy).

Chciałabym, żebyśmy byli blisko emocjonalnie, żebyśmy sie soba nawzajem interesowali, jak się czujemy, czego chcemy, troszczyli sie o siebie. Chcę mu imponować (czymolwiek), służyć radą/pomagać, kiedy tylko mogę, opiekować się, rozśmieszać (w pozytywnym sensie).


Dziękuję, Wszechświecie :-)






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowy egoizm, bagaż od Rodziny, i parę innych wynurzeń

Całe moje życie, od kiedy pamiętam, myślałam o innych, i o mnie w ich oczach. Dopiero kilka lat temu zaczęło się to zmieniać. Poczynając od relacji z moją siostrą, którą w końcu zdecydowałam się (z szacunku do mojego zdrowia) uciąć po raz kolejny (po wielokrotnym wybaczaniu), przez sytuacje w pracy, które mnie wielu rzeczy nauczyły i przez które musiałam już coś w sobie zmienić, żeby chronić siebie i swoje zdrowie, po odkrycie i pokochanie siebie, bo jestem super, jaka jestem i już nie czuję potrzeby udowadniania tego komukolwiek. Kto mnie naprawdę dobrze zna, ten wie. I  nie musi mnie znać 10 ani 30 lat. Często nawet osoby mieszkające ze mną nie znały mnie tak naprawdę… Ja wiem, jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można c...

Nie zawsze jest różowo

Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i ...