Ja wiem,
jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite
zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś
spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie
bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można czuć
przy tym ból, bunt, rozczarowanie, znów
zaprzeczenie, ale prędzej czy później nie można się od siebie samego uwolnić.
Co wtedy? Ja mam to, na szczęście, za sobą. Muszę tylko jeszcze uporać się
jakoś z demonami z dzieciństwa, które, skądinąd, było naprawdę piękne i
beztroskie, ale pozornie małe rysy wtedy, urosły teraz do takich rozmiarów, że
zaczęło wszystko pękać. Poniekąd to przez nie bywałam „trudna” w moim związku,
więc nie dość, że mam bagaż do dźwigania (od najbliższych), to jeszcze w dużej
mierze przez moje traumy straciłam najważniejszy związek w moim życiu. Ale na
szczęście nie zdrowie – chociaż tyle, i aż tyle (dźwignęłam się, tylko i
wyłącznie o własnych siłach, z anoreksji i bulimii, które wisiały nade mną, z
przerwami, prawie 20 lat, czyli jeszcze do niedawna).
Wczoraj, „przypadkiem” (naprawdę niechcący, ale nie wierzę w przypadki), odkryłam podfolder, w którym mam zapisanych kilka z pierwszych naszych konwersacji z Mężem, z pierwszej wspólnej pracy. Od 11 lat nie zaglądałam tam, nawet zapomniałam, że zachowałam coś takiego. Z wielkim zdziwieniem, po przeczytaniu ich, stwierdziłam, że…. niemal wcale się od tamtego czasu nie zmieniliśmy. Oczywiście w pewnych kwestiach owszem, dotarliśmy się, dojrzeliśmy, ale jednak…. On zawsze miał problemy z otworzeniem się, szczerością (też wobec siebie samego), komunikacją przede wszystkim. A ja, od ponad 20 lat już, bezpośrednia, szczera, otwarta, często upierdliwa (bo jak zadaję pytanie, oczekuję odpowiedzi, a jak komuś niewygodnie, to jej unika. Ale ja nie daję za wygraną. Mówi się, że brak odpowiedzi, to też odpowiedź. Nie zawsze, według mnie). Nie znoszę tchórzostwa i wygodnictwa, podchodów, chowania się za kimś, i jak ktoś każe mi ciągnąć go za język. Po prostu powiedz, co chcesz, albo nie zawracaj mi gitary.
11 lat temu nie zaczęło się różowo i gładko. Zostałam bardzo zraniona
jeszcze zanim się związek zaczął (na samym początku przytłoczyłam jeszcze-nie-Męża moją miłością. Bo ja wszystkie emocje okazuję dość ekstremalnie, tak
po prostu mam. Jak się cieszę, to wie o tym cały świat, jak mi smutno, to
zalewam się łzami, jak jestem zła, to sąsiedzi też o tym wiedzą, jak czuję ból,
to rozwala mnie od środka. Myślę, że odczuwam faktycznie wszystko bardziej niż
większość ludzi. Wielu trudno to zrozumieć, pewnie uważają, że przesadzam. Ale
komu to oceniać? Ja wiem, co i jak czuję, i mam swoją własną skalę). Ale dałam kolejną szansę. I teraz w
marcu, oraz 2-3 lata temu. Mi nie dano szansy. Ja muszę uszanować wolność i
wolę drugiego człowieka. Za to sama mam zawsze uporać się ze swoimi emocjami, i tym, co czuję. Już od lat wiem, że jestem sama na siebie zdana, tak naprawdę. W
najważniejszych dla nas chwilach, stety lub nie, jesteśmy sami ze sobą, bo
tylko my wiemy, co czujemy i dlaczego; nie każdy zrozumie albo będzie miał dla
nas akurat czas. Fajnie jest dzielić się z bliskimi, i szczęściem i troskami,
ale, aby uniknąć kolejnych rozczarowań, po prostu bardziej skoncentrowałam się
na sobie, przestałam polegać na innych (nie każdy jest na zawołanie, za to
każdy ma swoje życie, plany, potrzeby; nie zawsze współgrają z nami. Jedynie
mój Mąż super współgrał się ze mną… tak uważałam jeszcze miesiąc temu),
uzależniać się od nich. Tak jakby coś mi kazało już wtedy zacząć przygotowywać
się do tego, co teraz nadeszło.
Całe życie byłam pod kloszem. Przekazywana niemal z rąk do
rąk: od Rodziców do którejś cioci, potem mieszkałam w akademiku, potem w
mieszkaniu z 2 współlokatorkami, potem znów z Rodzicami chwilę, potem z
narzeczonym nr 1 (ponad rok), znów u Rodziców, no i potem poznałam Męża in spe.
I jego ręce (a propos – zawsze jego dłonie kochałam, wszystko inne zresztą też.
Jak nikogo innego) były tymi ostatnimi. Teraz mam tylko moje własne, o wiele
silniejsze niż kiedykolwiek myślałam, że mogą być; dojrzałam do tego wreszcie.
Nie potrzebuję już klosza💪, lepiej późno niż wcale.


Komentarze
Prześlij komentarz