Przejdź do głównej zawartości

Zdrowy egoizm, bagaż od Rodziny, i parę innych wynurzeń



Całe moje życie, od kiedy pamiętam, myślałam o innych, i o mnie w ich oczach. Dopiero kilka lat temu zaczęło się to zmieniać. Poczynając od relacji z moją siostrą, którą w końcu zdecydowałam się (z szacunku do mojego zdrowia) uciąć po raz kolejny (po wielokrotnym wybaczaniu), przez sytuacje w pracy, które mnie wielu rzeczy nauczyły i przez które musiałam już coś w sobie zmienić, żeby chronić siebie i swoje zdrowie, po odkrycie i pokochanie siebie, bo jestem super, jaka jestem i już nie czuję potrzeby udowadniania tego komukolwiek. Kto mnie naprawdę dobrze zna, ten wie. I  nie musi mnie znać 10 ani 30 lat. Często nawet osoby mieszkające ze mną nie znały mnie tak naprawdę…

Ja wiem, jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można czuć przy tym  ból, bunt, rozczarowanie, znów zaprzeczenie, ale prędzej czy później nie można się od siebie samego uwolnić. Co wtedy? Ja mam to, na szczęście, za sobą. Muszę tylko jeszcze uporać się jakoś z demonami z dzieciństwa, które, skądinąd, było naprawdę piękne i beztroskie, ale pozornie małe rysy wtedy, urosły teraz do takich rozmiarów, że zaczęło wszystko pękać. Poniekąd to przez nie bywałam „trudna” w moim związku, więc nie dość, że mam bagaż do dźwigania (od najbliższych), to jeszcze w dużej mierze przez moje traumy straciłam najważniejszy związek w moim życiu. Ale na szczęście nie zdrowie – chociaż tyle, i aż tyle (dźwignęłam się, tylko i wyłącznie o własnych siłach, z anoreksji i bulimii, które wisiały nade mną, z przerwami, prawie 20 lat, czyli jeszcze do niedawna).

 


Wczoraj, „przypadkiem” (naprawdę niechcący, ale nie wierzę w przypadki), odkryłam podfolder, w którym mam zapisanych kilka z pierwszych naszych konwersacji z Mężem, z pierwszej wspólnej pracy. Od 11 lat nie zaglądałam tam, nawet zapomniałam, że zachowałam coś takiego. Z wielkim zdziwieniem, po przeczytaniu ich, stwierdziłam, że…. niemal wcale się od tamtego czasu nie zmieniliśmy. Oczywiście w pewnych kwestiach owszem, dotarliśmy się, dojrzeliśmy, ale jednak…. On zawsze miał problemy z otworzeniem się, szczerością (też wobec siebie samego), komunikacją przede wszystkim. A ja, od ponad 20 lat już, bezpośrednia, szczera, otwarta, często upierdliwa (bo jak zadaję pytanie, oczekuję odpowiedzi, a jak komuś niewygodnie, to jej unika. Ale ja nie daję za wygraną. Mówi się, że brak odpowiedzi, to też odpowiedź. Nie zawsze, według mnie). Nie znoszę tchórzostwa i wygodnictwa, podchodów, chowania się za kimś, i jak ktoś każe mi ciągnąć go za język. Po prostu powiedz, co chcesz, albo nie zawracaj mi gitary.

11 lat temu nie zaczęło się różowo i gładko. Zostałam bardzo zraniona jeszcze zanim się związek zaczął (na samym początku przytłoczyłam jeszcze-nie-Męża moją miłością. Bo ja wszystkie emocje okazuję dość ekstremalnie, tak po prostu mam. Jak się cieszę, to wie o tym cały świat, jak mi smutno, to zalewam się łzami, jak jestem zła, to sąsiedzi też o tym wiedzą, jak czuję ból, to rozwala mnie od środka. Myślę, że odczuwam faktycznie wszystko bardziej niż większość ludzi. Wielu trudno to zrozumieć, pewnie uważają, że przesadzam. Ale komu to oceniać? Ja wiem, co i jak czuję, i mam swoją własną skalę). Ale dałam kolejną szansę. I teraz w marcu, oraz 2-3 lata temu. Mi nie dano szansy. Ja muszę uszanować wolność i wolę drugiego człowieka. Za to sama mam zawsze uporać się ze swoimi emocjami, i tym, co czuję. Już od lat wiem, że jestem sama na siebie zdana, tak naprawdę. W najważniejszych dla nas chwilach, stety lub nie, jesteśmy sami ze sobą, bo tylko my wiemy, co czujemy i dlaczego; nie każdy zrozumie albo będzie miał dla nas akurat czas. Fajnie jest dzielić się z bliskimi, i szczęściem i troskami, ale, aby uniknąć kolejnych rozczarowań, po prostu bardziej skoncentrowałam się na sobie, przestałam polegać na innych (nie każdy jest na zawołanie, za to każdy ma swoje życie, plany, potrzeby; nie zawsze współgrają z nami. Jedynie mój Mąż super współgrał się ze mną… tak uważałam jeszcze miesiąc temu), uzależniać się od nich. Tak jakby coś mi kazało już wtedy zacząć przygotowywać się do tego, co teraz nadeszło.

Całe życie byłam pod kloszem. Przekazywana niemal z rąk do rąk: od Rodziców do którejś cioci, potem mieszkałam w akademiku, potem w mieszkaniu z 2 współlokatorkami, potem znów z Rodzicami chwilę, potem z narzeczonym nr 1 (ponad rok), znów u Rodziców, no i potem poznałam Męża in spe. I jego ręce (a propos – zawsze jego dłonie kochałam, wszystko inne zresztą też. Jak nikogo innego) były tymi ostatnimi. Teraz mam tylko moje własne, o wiele silniejsze niż kiedykolwiek myślałam, że mogą być; dojrzałam do tego wreszcie. Nie potrzebuję już klosza💪, lepiej późno niż wcale.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie zawsze jest różowo

Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i ...

Czasowe "dołki" i mój wymarzony partner

  Nie wiem, jakim cudem ten czas tak szybko leci. Od ostatniego wpisu minęły ponad 2 miesiące. Niestety mam poczucie, że niewiele się u mnie przez ten czas zmieniło. Dziś po raz pierwszy piszę nie w sosie ;-) Tydzień temu byłam szczęśliwa, od wczoraj mam dołka, pewnie przez hormony. Raz na wozie, raz pod wozem, jak to w życiu.  Z koleżanką rozmawiałam  o wymarzonym księciu dla mnie. Powiedziała, że kiedyś, dla "żartu" napisala na karteczce, jakiego faceta sobie życzy. I po jakimś czasie faktycznie dostała go od Losu. Może nie zgadzało się wszystko w 100%, ale było "niepokojąco" blisko. Stwierdziłam, że taki wpis/opis/życzenie nie może zaszkodzić, w najgorszym razie obejdę się smakiem i będę sama do końca moich dni, ale przynajmniej ułożę sobie w głowie, czego chcę (i czego nie). Najpierw pokrótce, dlaczego jestem w dołku (mimo, że mam dach nad głową, całkiem miłe wnętrze chałupy, poza tym; wszystkie kończyny, niemal całkiem sprawne; wszystkie zmysły, również wszystk...