Przejdź do głównej zawartości

Mój pierwszy blog




Mam 38 lat, mieszkam w Berlinie od 8 lat, pochodzę ze Szczecina.
Do założenia bloga skłonił mnie fakt, że rozstaliśmy się z Mężem po 11 latach bycia razem i 8 latach małżeństwa. Decyzję tę (może bardziej jej próby) podejmowało każde z nas przez ostatnie 2-3 lata co jakiś czas, on myślał już też o wyprowadzeniu się, ale jestem pewna, że wtedy było to jeszcze z obu stron na zasadzie: "jak tak dalej będzie, to koniec, zrób coś! Kochamy się, dlaczego to nie wychodzi jak powinno?". Teraz on podjął ostateczną, którą po 2 tygodniach niepewności, nadziei, całej gamy uczuć i emocji, musiałam zaakceptować, choć przecież rozumiałam ją od początku i wiedziałam, że to jedyne dobre rozwiązanie (na terapię dla par nie zdążyliśmy...). Do tego tematu, oraz różnic w widzeniu związku między kobietami i mężczyznami, w sposobie kochania, w potrzebach, wpływie domu rodzinnego/wzorców z dzieciństwa i in., wrócę później. 
To ma być rodzaj terapii dla mnie, sposób na ułożenie myśli w głowie. A może ktoś kiedyś znajdzie ukojenie w mojej historii, jeśli akurat będzie na którymś z opisywanych przeze mnie etapów. Każda historia jest inna, bo wszyscy jesteśmy różni, ale jednak kilka prawd jest uniwersalnych...
Sama jestem bardzo ciekawa tego, co i jak się będę czuła za miesiąc, za trzy, za pół roku, itd. ... Bo to, że dam radę, to wiem. Każdy da sobie radę. Co pomaga, to przyjęcie niektórych faktów (na to też trzeba czasu, czy to parę dni czy tygodni), np. tego, że życie po prostu bywa przewrotne, nieprzewidywalne; nic nie trwa wiecznie / nie jest dane raz na zawsze (choć jak się jest w związku i się kocha, to się tak uważa, to naturalne), dlatego trzeba być pokornym i wdzięcznym, doceniać to, co się ma, ale też dostrzegać i nazywać to, co nam przeszkadza i/lub szkodzi. Należy stawiać granice, chronić i szanować siebie samego, komunikować. I nie szukać szczęścia w niczyich ramionach, tylko nauczyć się najpierw być szczęśliwym samemu ze sobą. Wtedy jesteśmy gotowi na całą resztę :-)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowy egoizm, bagaż od Rodziny, i parę innych wynurzeń

Całe moje życie, od kiedy pamiętam, myślałam o innych, i o mnie w ich oczach. Dopiero kilka lat temu zaczęło się to zmieniać. Poczynając od relacji z moją siostrą, którą w końcu zdecydowałam się (z szacunku do mojego zdrowia) uciąć po raz kolejny (po wielokrotnym wybaczaniu), przez sytuacje w pracy, które mnie wielu rzeczy nauczyły i przez które musiałam już coś w sobie zmienić, żeby chronić siebie i swoje zdrowie, po odkrycie i pokochanie siebie, bo jestem super, jaka jestem i już nie czuję potrzeby udowadniania tego komukolwiek. Kto mnie naprawdę dobrze zna, ten wie. I  nie musi mnie znać 10 ani 30 lat. Często nawet osoby mieszkające ze mną nie znały mnie tak naprawdę… Ja wiem, jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można c...

Nie zawsze jest różowo

Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i ...

Czasowe "dołki" i mój wymarzony partner

  Nie wiem, jakim cudem ten czas tak szybko leci. Od ostatniego wpisu minęły ponad 2 miesiące. Niestety mam poczucie, że niewiele się u mnie przez ten czas zmieniło. Dziś po raz pierwszy piszę nie w sosie ;-) Tydzień temu byłam szczęśliwa, od wczoraj mam dołka, pewnie przez hormony. Raz na wozie, raz pod wozem, jak to w życiu.  Z koleżanką rozmawiałam  o wymarzonym księciu dla mnie. Powiedziała, że kiedyś, dla "żartu" napisala na karteczce, jakiego faceta sobie życzy. I po jakimś czasie faktycznie dostała go od Losu. Może nie zgadzało się wszystko w 100%, ale było "niepokojąco" blisko. Stwierdziłam, że taki wpis/opis/życzenie nie może zaszkodzić, w najgorszym razie obejdę się smakiem i będę sama do końca moich dni, ale przynajmniej ułożę sobie w głowie, czego chcę (i czego nie). Najpierw pokrótce, dlaczego jestem w dołku (mimo, że mam dach nad głową, całkiem miłe wnętrze chałupy, poza tym; wszystkie kończyny, niemal całkiem sprawne; wszystkie zmysły, również wszystk...