Od kilku dni czuję spokój w duszy. Po ponad dwóch tygodniach emocjonalnego rollercoastera (nie obyło się bez Baldriana, ale ogólnie sen miałam dobry, a i nawet ponad 2 kg schudłam, więc nie jest źle 😉 W każdej sytuacji w życiu są dobre strony).
Nie miałabym już teraz tyle siły, gdyby nie życzliwe mi osoby, które niesamowicie mi pomogły (bardziej lub mniej delikatnie), wspierały, podnosiły na duchu jak tylko potrafią (m. in. kilka koleżanek, kolega z pracy, moja fizjoterapeutka, autorka zdania, które do tej pory daje mi ukojenie: poddaj się temu, co przynosi życie, zaufaj. Zwłaszcza jeśli już zrobiło się wszystko, co w naszej mocy.). Jestem niesamowicie wdzięczna za to, ze mam wokół siebie tyle kochanych i bezinteresownych osób. Dzięki nim o wiele szybciej zrozumiałam wiele rzeczy.
Z jednej strony nikomu nie życzę tego bólu, uczucia spadania
w przepaść i że wali się cały tak pieczołowicie i z zaufaniem budowany świat, i
w końcu twardego upadku na samo dno oraz leżenia na nim chwilę, która wydaje
się, że będzie trwała wiecznie; tego uczucia beznadziejności, końca, braku
jakiegokolwiek celu i powodu do życia. Jednak po każdej burzy wychodzi słońce,
po nocy przychodzi dzień, itd. I ta myśl kołatała mi się po głowie, ale w tamtym
momencie ignorowałam ją, poddałam się uczuciom i dałam im ujście. W chwili gdy
zaczynamy się podnosić i czuć nadzieję na lepsze jutro (bo przecież gorzej być
nie może, choć ja uważam, że zawsze może być gorzej, więc w sumie nie jest tak
źle 😉), nabieramy siły, wiary w siebie. Więc z
drugiej strony życzyłabym każdemu przejścia takiego katharsis. To doświadczenie,
ten kop w tyłek (choć odczułam to bardziej jakbym dostała obuchem w głowę), dał mi więcej niż cokolwiek do tej pory w moim życiu. Jeszcze
nigdy wcześniej nie czułam się tak związana ze światem i innymi ludźmi, i nie
widziałam siebie (i innych) z takiej perspektywy, oraz z taką
życzliwością. To niesamowite uczucie. Metafizyczne wręcz. Czułam
się jak jakiś feniks odrodzony z popiołów 😅
Teraz stawiam sobie kolejne cele, które przesuwałam od
miesięcy. Fajnie jest móc je realizować, czyli po prostu żyć dalej.
Jestem tu sama, bez rodziny, na obczyźnie (która po 8 latach
już nie jest taka obca). Mam tu na miejscu przyjaciół, znajomych, ale wiadomo, każdy
ma swoje życie (praca, urlop), nie ma się czasem nikogo na miejscu, i trzeba
radzić sobie samej. Ale jak tylko się to zaakceptuje, przychodzi siła. I trzeba
też pamiętać, że to nie jest stan ciągły, tylko momenty, pojedyncze dni. W
związkach też nie zawsze ktoś jest u boku akurat i też trzeba sobie radzić
samej (zdarzało się, że jak Mąż wyjeżdżał służbowo na parę dni, akurat wtedy na
ścianie przy łóżku znalazł się nie wiadomo skąd pająk-bydlę, i musiałam sobie
poradzić z nim sama, mimo mojej arachnofobii; lub coś musiałam sama naprawić,
takie tam drobnostki. Bo do większych problemów można wezwać fachowca). No ale
ma się świadomość, że ktoś jest, kto nas przytuli, obejmie, po prostu będzie.
Ktoś najbliższy nam, naszemu sercu, przyjaciel i wiele więcej. To był zawsze
mój cel w życiu, czułam się wtedy spełniona: sprawiać, by inni się uśmiechnęli,
cieszyli życiem; być sama ze sobą szczęśliwa, ale też kochać, być kochaną, i
robić razem z tą najbliższą osobą, z którą czuję się swobodnie, i dla której bym
w ogień skoczyła, różne rzeczy, ale też chodzić czasem własnymi ścieżkami i
robić to, co lubię robić też sama.
Na pewno lepiej jest być samej niż czuć się samotną w
związku lub wśród innych ludzi. Jeśli jest się szczęśliwym człowiekiem, to jest
się życzliwszym wobec innych, otwartym na
świat i na to, co przynosi życie, gotowym na budowanie relacji z kimś.
Relacja taka nie ma za zadanie wypełniać naszych luk i spełniać potrzeby, powinna
według mnie jedynie dawać dodatkowe wsparcie, miłość, czułość, możliwość
dzielenia się wrażeniami, dobrymi i złymi. Razem jest po prostu raźniej, można
więcej, jest się silniejszym we dwoje niż w pojedynkę, pod warunkiem, że obie
strony są na tym samym etapie w życiu i spełnione same ze sobą.





Komentarze
Prześlij komentarz