Według mnie nasze problemy wzięły się nie tylko z różnych
potrzeb i odmiennego sposobu okazywania uczuć, ale głównie z nieporozumień/złych
interpretacji słów, min i zachowań partnera. Nie wiem, skąd to wynikało. Pewnie
akurat tu byliśmy tak podobni do siebie, że aż nam to zaszkodziło, a z kolei
np. w niektórych zainteresowaniach, hobby, i in. byliśmy kompletnie różni.
Ogólnie to uważam, że nieważne, gdzie i jakie są podobieństwa
i różnice, bo jeśli jest miłość i wiemy, że dana osoba chce dla nas jak
najlepiej, to już jest recepta na szczęście w związku. Problem oczywiście w tym, że jak
się mieszka z kimś, przebywa dużo na co dzień, to wtedy to i owo może zacząć
irytować, uwierać. Wtedy jest czas (zawsze zresztą) na komunikację, wymianę
myśli (na zasadzie „czuję się tak i śmak, kiedy Ty…”), bo jak się komunikuje,
to nie może być źle. Nie zawsze się drugą stronę rozumie (w moim przypadku było
tak dosłownie 2-3 razy podczas naszego 11-letniego związku), ale niektóre
rzeczy trzeba po prostu przyjąć. Gorzej jak jedna strona mówi, a druga jest
zamknięta, i na dodatek bierze wszystko zbyt do siebie, ale też nawet nie
zawsze o tym wiemy. Każdy inaczej przeżywa wszystko oraz okazuje emocje,
wystarczy poznać drugą osobę (najpierw w ogóle chcieć ją poznać) i wtedy nie
powinno już być przynajmniej tych nieszczęsnych nadinterpretacji i
nieporozumień.
Zaczyna się często od „pierdół”, które na dobrą sprawę
pierdołami nigdy nie są, choć dla jednej strony (zazwyczaj facetów) owszem, są.
I tak ziarnko to ziarnka, frustracja latami rośnie, kręcimy się w kółko, sił
coraz mniej i…. voilà.
Nie będę analizowała wpływu wychowania, domu rodzinnego,
wzorców, bo nie jestem psychologiem. Ale jest to najczęściej największy bagaż,
jaki się wnosi do związku, i przez wielu niedoceniany…
Na pewno czułam się kochana i akceptowana przez Męża. Mnie
samej tak łatwo nie przychodziło tolerowanie niektórych zachowań u innych.
Czego naprawdę nie znoszę, to głupoty, ignorancji, olewania. Jeżeli ktoś mnie
(to, co mówię, o co proszę) ignoruje, to nie szanuje mojego czasu i energii.
Mogę czuć smutek, żal i rozczarowanie przez pierwsze miesiące lub lata, ale
potem jest już tylko frustracja. Wtedy nawet dobre rzeczy już tak długo nie
cieszą, bo przysłaniane są negatywnymi…
Na pewno też byłam wysłuchiwana, jeśli miałam jakiś stres w pracy, niefajną sytuację w relacji z koleżanką lub jakieś niesnaski rodzinne, mój Mąż zawsze słuchał, a potrafię długo gadać…. Bardzo to ceniłam w nim. Sama niestety nie potrafiłam się tym samym odwdzięczyć. Nie wynikało to na pewno z braku chęci słuchania, braku uwagi. Myślę, że było za wiele faktów i postaci, a za mało oceniania emocji, nie wiem. Kobiety i mężczyźni inaczej myślą, opowiadają, przeżywają, mają inne potrzeby. To nie dziwota, że są nieporozumienia. Jednak tu musiałam przyznać mu rację, że nie mam co się dziwić, że mało mówił, jeśli mnie to, co on mówił, „nudziło”. Było mi przykro. Jemu też. Myślę, że to była kolejna, duża decha, do trumny dla naszego związku. Ale ja chciałam, żeby on do mnie mówił. O tym, co czuje i jak, nie tylko o liczbach i klientach w pracy.
Wiem jedno: mój Mąż ma o wiele więcej zalet niż wad; zawsze
nie tylko chciał dawać mi gwiazdki z nieba, ale też to robił; jest dżentelmenem
i rycerzem, który dla swojej kobiety zrobi wszystko. Jestem szczęściarą, ale
też on jest szczęściarzem, bo ja nie każdego kocham i nie z każdym chciałabym
mieszkać. Wiem, jak wyglądam i co potrafię (też upichcić, ogarnąć mieszkanie,
krótko: stworzyć ognisko domowe, dać mnóstwo miłości), i że motywuję ludzi do
zmian na lepsze. Tylko, niestety, najbliższe mi osoby czasem chcę uszczęśliwić
na siłę. A one same muszą chcieć… I to był jeden z moich błędów. A intencje
przecież były najlepsze. Cóż, kolejne wnioski na przyszłość.
Dobrze jest czytać, słuchać mądrych ludzi, analizować,
wyciągać wnioski, starać się, ale też lubić i szanować siebie, po prostu.
Jeżeli żyje się w zgodzie ze sobą, nie boi się mówić ani słuchać, to wszystkie
problemy są łatwiejsze do przerobienia.
Komentarze
Prześlij komentarz