Z każdym dniem coraz łatwiej mi się samej żyje, sama siebie bardzo wspieram i czasem się nad sobą porozczulam (od "czułość" ;) ), ale tylko tyle, ile trzeba, kilka sekund, to mi bardzo pomaga. Jestem dzielna, wiem o tym, ale z drugiej strony, co miałabym robić? Załamywać się? I tracić cenny czas i życie? Po moim trupie. I z każdym dniem teraz coraz bardziej widzę, co było nie tak z drugiej strony... Przestałam widzieć winę po mojej... Bo moje każde słowo i zachowanie było jedynie reakcją na jego akcje. Nie słuchał, nie słyszał, umniejszał (moim żalom, i in.), latami. Mówiłam, ostrzegałam, że czuję się przy nim często samotna, nierozumiana, niewidzialna. Dopiero po latach zaczął się starać, ale było już za późno, bo ja się, chcąc nie chcąc, zdystansowałam, uczucia przygasły (ale one były, nie wiem, czy nadal są, ale jak je obudził, to czułam, ze miłość nie zgasła, tylko była przez rozczarowania, frustracje oraz bezsilność ciągle przysypywana). Skupiłam się bardziej na sobie, co mi w sumie dobrze zrobiło, przygotowało mnie też na to, co teraz przeżywam. Mam siebie, i to jest najważniejsze.
Byliśmy jak z różnych bajek: ja wychowana w domu pełnym miłości, czułości (moi Rodzice dawali mi ten przykład, między nimi do tej pory są tony czułości, których ja podczas tego związku niemal nie zaznałam, musiałam o nią żebrać). Uwaga, troska i czułość, okazywanie ich, to dla mnie najważniejsza rzecz w związku, oprócz komunikacji, oczywiście. Bez nich nie wyobrażam sobie bliskiej relacji. Wtedy do tylko fasada, ściema, ślizganie się po powierzchni. Mój Mąż: twardy, nie okazujący emocji, ja przeciwnie; nie znający czułości, ja jej spragniona; nie widzący życia naokoło, ja na odwrót; skoncentrowany na 150% na pracy, karierze, gdzie dla mnie praca to tylko (i aż) sposób na zarobienie pieniędzy (na tyle, żeby żyć godnie), no i poczucie, że jest się potrzebnym (+ kontakty socjalne, teraz szczególnie przeze mnie doceniane). Ja ruchliwa, on przeciwnie, ja szybka, on raczej niezbyt (ale czasem było to na plus, nie zawsze pośpiech czy szybkość są wskazane ;-)); mnie nic nie było obojętne, jemu wiele rzeczy.... mogłabym dalej wymieniać. Oczywiście były też podobieństwa. Wiele. Był moim przyjacielem przede wszystkim. Tego będzie mi niezmiernie brakowało. I wielu innych rzeczy.
Co to w ogóle za życie, jeśli nie wie się, kim się jest (co, gdy straci się pracę? ile jestem wtedy wart/-a? lub gdy stracę kończyny, lub wydarzą się inne, jak zawsze niespodziewane, ale nieprzyjemne sytuacje?), czego się chce w życiu i od życia, jaki jest mój cel w nim i sens mojego istnienia? Fajnie, jak człowiek szuka odpowiedzi na te pytania, może je też modyfikować co jakiś czas, ale jeśli po wielu latach nadal nie wie (i nie dostrzega życia, nie docenia pięknych rzeczy), zbliża się do 40., to nie jest zbyt łatwo, również dla partnera/-ki. Rodzą się frustracje, po obu stronach. Bo jeśli obie osoby są spełnione, szczęśliwe, wiedzą, kim są i czego chcą, to co może być nie tak w ich związku? Cóż, "niestety", miłość często przysłania ważne rzeczy, dopiero po latach widać coraz więcej. I jeśli co najmniej jedna strona w związku się męczy, to nie ma sensu.
Dlatego nie jest mi przykro, że ten rozdział się zakończył. Kolejny się zaczyna, a tamten będę wspominała jako jeden z najpiękniejszych, bo ta miłość była prawdziwa, i jestem za te doświadczenia wdzięczna. I za starania mojego Męża, żeby mnie uszczęśliwić jak tylko mógł. Tylko że ja byłam już szczęsliwa. Chciałam, żeby on był również... Nie udało mi się to. Ale to już jego zadanie. I jego nowy rodział, w którym ja już nie wystąpię.
Zawsze trudno było mi się pogodzić z odchodzeniem bliskich mi ludzi, w jakikolwiek sposób. Pracuję nad tym, żeby niektóre rzeczy akceptować, brać od życia, co mi daje, i nie narzekać. I tak mam mnóstwo szczęścia i na tym staram się skupić.



Komentarze
Prześlij komentarz