Od 4 dni jest u mnie naprawdę dobrze. Nie wytrącił mnie z równowagi nawet trzykrotny kontakt z prawie już byłym Mężem (dałam plamę, bo wysłałam coś niechcący do niego, a niekoniecznie miał to zobaczyć, więc musiałam zadzwonić, żeby prosić o skasowanie. Wierzę, że to zrobił). Skoro już był kontakt, to potem zadzwoniłam jeszcze w związku z czymś tam, a potem jeszcze z czymś kolejnym. Cała ja. "I jeszcze....". "A, i jeszcze....". No, zawsze mam coś do powiedzenia. Aż trudno uwierzyć, że lubię też milczeć. Ale są różne rodzaje milczenia. I nie mam na myśli tego niezręcznego... Ja lubię pomilczeć też tak po prostu, bo sobie kontempluję piękno wieczoru na balkonie lub na spacerze jakieś widoki.
Ale nie ma gorszego milczenia, według mnie, niż milczenie mężczyzny, którego się jeszcze kocha, a który przez 11 lat i jeszcze miesiąc temu był najbliższą mi osobą na świecie, a teraz jest soplem lodu. I traktuje każdego na świecie milej niż mnie. Czy to jest fair? No oczywiście, że nie. Jestem naprawdę twardzielką. Kto normalny by to zniósł? Nie wiem.
Wzruszyłam się swoją własną miłością. Mam wrażenie, jakby mi się ulewała z każdej strony, tyle jej w sobie mam. Nie rozumiem, jak można ją odtrącić, ale... nie ubywa mi jej. Więc ja na pewno niczego nie tracę. Już wcześniej pisałam, że nie wszystko da się zrozumieć, a dotyczy to zwłaszcza różnic w myśleniu, przeżywaniu i zachowaniu kobiet i mężczyzn. No to po prostu znów przyjmuję wszystko, jak jest. Nie mam wyboru.
Ale tęczę widzę, co dzień. Najpierw w zeszłym tygodniu, przypadkiem, bo bardzo delikatna była, i w lewo nigdy nie patrzę na lotnisku, w drodze do pracy, ale jakoś tak akurat wtedy spojrzałam i ujrzałam tęczę:
Potem przeczytałam to wyżej, że tęcza czeka na końcu tej burzy, przez którą teraz brnę.


Komentarze
Prześlij komentarz