Przejdź do głównej zawartości

Tęcza wszędzie!

 


Od 4 dni jest u mnie naprawdę dobrze. Nie wytrącił mnie z równowagi nawet trzykrotny kontakt z prawie już byłym Mężem (dałam plamę, bo wysłałam coś niechcący do niego, a niekoniecznie miał to zobaczyć, więc musiałam zadzwonić, żeby prosić o skasowanie. Wierzę, że to zrobił). Skoro już był kontakt, to potem zadzwoniłam jeszcze w związku z czymś tam, a potem jeszcze z czymś kolejnym. Cała ja. "I jeszcze....". "A, i jeszcze....". No, zawsze mam coś do powiedzenia. Aż trudno uwierzyć, że lubię też milczeć. Ale są różne rodzaje milczenia. I nie mam na myśli tego niezręcznego... Ja lubię pomilczeć też tak po prostu, bo sobie kontempluję piękno wieczoru na balkonie lub na spacerze jakieś widoki.

Ale nie ma gorszego milczenia, według mnie, niż milczenie mężczyzny, którego się jeszcze kocha, a który przez 11 lat i jeszcze miesiąc temu był najbliższą mi osobą na świecie, a teraz jest soplem lodu. I traktuje każdego na świecie milej niż mnie. Czy to jest fair? No oczywiście, że nie. Jestem naprawdę twardzielką. Kto normalny by to zniósł? Nie wiem.

Wzruszyłam się swoją własną miłością. Mam wrażenie, jakby mi się ulewała z każdej strony, tyle jej w sobie mam. Nie rozumiem, jak można ją odtrącić, ale... nie ubywa mi jej. Więc ja na pewno niczego nie tracę. Już wcześniej pisałam, że nie wszystko da się zrozumieć, a dotyczy to zwłaszcza różnic w myśleniu, przeżywaniu i zachowaniu kobiet i mężczyzn. No to po prostu znów przyjmuję wszystko, jak jest. Nie mam wyboru.

Ale tęczę widzę, co dzień. Najpierw w zeszłym tygodniu, przypadkiem, bo bardzo delikatna była, i w lewo nigdy nie patrzę na lotnisku, w drodze do pracy, ale jakoś tak akurat wtedy spojrzałam i ujrzałam tęczę:


Potem przeczytałam to wyżej, że tęcza czeka na końcu tej burzy, przez którą teraz brnę.
I nie mogłam się nie uśmiechać, jak zaczęłam widzieć ją nie tylko na zewnątrz, ale też w domu (jakiś czas temu kupiłam łapacze słońca):



(wrażliwców przepraszam za stopę, ale starałam się ją obciąć jak mogłam ;-))


No to idę dalej, szkoda życia na czekanie na nie wiadomo co :-)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowy egoizm, bagaż od Rodziny, i parę innych wynurzeń

Całe moje życie, od kiedy pamiętam, myślałam o innych, i o mnie w ich oczach. Dopiero kilka lat temu zaczęło się to zmieniać. Poczynając od relacji z moją siostrą, którą w końcu zdecydowałam się (z szacunku do mojego zdrowia) uciąć po raz kolejny (po wielokrotnym wybaczaniu), przez sytuacje w pracy, które mnie wielu rzeczy nauczyły i przez które musiałam już coś w sobie zmienić, żeby chronić siebie i swoje zdrowie, po odkrycie i pokochanie siebie, bo jestem super, jaka jestem i już nie czuję potrzeby udowadniania tego komukolwiek. Kto mnie naprawdę dobrze zna, ten wie. I  nie musi mnie znać 10 ani 30 lat. Często nawet osoby mieszkające ze mną nie znały mnie tak naprawdę… Ja wiem, jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można c...

Nie zawsze jest różowo

Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i ...

Czasowe "dołki" i mój wymarzony partner

  Nie wiem, jakim cudem ten czas tak szybko leci. Od ostatniego wpisu minęły ponad 2 miesiące. Niestety mam poczucie, że niewiele się u mnie przez ten czas zmieniło. Dziś po raz pierwszy piszę nie w sosie ;-) Tydzień temu byłam szczęśliwa, od wczoraj mam dołka, pewnie przez hormony. Raz na wozie, raz pod wozem, jak to w życiu.  Z koleżanką rozmawiałam  o wymarzonym księciu dla mnie. Powiedziała, że kiedyś, dla "żartu" napisala na karteczce, jakiego faceta sobie życzy. I po jakimś czasie faktycznie dostała go od Losu. Może nie zgadzało się wszystko w 100%, ale było "niepokojąco" blisko. Stwierdziłam, że taki wpis/opis/życzenie nie może zaszkodzić, w najgorszym razie obejdę się smakiem i będę sama do końca moich dni, ale przynajmniej ułożę sobie w głowie, czego chcę (i czego nie). Najpierw pokrótce, dlaczego jestem w dołku (mimo, że mam dach nad głową, całkiem miłe wnętrze chałupy, poza tym; wszystkie kończyny, niemal całkiem sprawne; wszystkie zmysły, również wszystk...