Dużo się wydarzyło od mojego ostatniego wpisu. Ciągle nosiłam się z zamiarem napisania, ale potem wydarzały się kolejne, niezbyt przyjemne rzeczy, i nie czułam weny. Ale nie chcę, żeby faza, w której teraz jestem, została pominięta.
W międzyczasie byłam na urlopie nad Bałtykiem z rodziną (były 2 dni słabe, łzy, poczucie beznadziei i samotności - to uczucie jest kompletnie niezależne od tego, kto jest z nami czy przy nas. Jest w nas, albo go nie ma. U mnie było, ale na szczęście minęło, ok. 1,5 miesiąca temu, czyli mniej wiecej 2,5 miesiąca po zerwaniu). Jedyny moment, w którym na chwilę wróciło poczucie samotności, w pełni uzasadnione, miał miejsce, kiedy zachorowałam i w bólach starałam się funkcjonować w domu, zanim trafiłam do szpitala z zapaleniem nerki. Pytanie w szpitalu "czy ma pani krewnych" nie zapomnę nigdy i tego uczucia, kiedy musiałam powiedzieć "Nie.". Podałam dane przyjaciółki, która mnie przywiozła.
Doświadczenie to (miało miejsce miesiąc temu i trwało ponad 2 tygodnie) uświadomiło mi kilka rzeczy, po raz kolejny, ale już namacalnie i dobitnie. Po pierwsze, że najważniejsze w życiu są więzi/relacje z ludźmi nam bliskimi, przyjaciele. Po drugie, że jednak nic nie jest w stanie mnie zniszczyć. Choć myślałam, że nie dam rady (a inni wierzyli we mnie), i bałam się, że wpadnę w depresję, że będę już zawsze sama (ale szybko doszłam do wniosku, że nawet jeśli, to co. Sama dla siebie jestem doborowym towarzystwem, czuję się ze sobą wyśmienicie, więc w czym problem).
Doszło do mnie w ostatnim czasie też, że związek nie powinien mnie definiować, nie chcę, żeby tak było. Stanowię osobną, wartościową jednostkę, sama w sobie jestem kimś znaczącym, choćby tylko dla moich Rodziców, Przyjaciól, też moich futrzastych "dzieci". Ta myśl po raz kolejny zmotywowała mnie do założenia osobnej strony (blogu) z sentencjami, które od samego początku dają mi dużo siły, kiedy przyjaciele akurat nie mogą wspierać.
Mimo, że dobrze mi samej, nie wykluczam bycia z kimś w przyszłości, jeśli tak wyjdzie. Jednak dzielenie sie radością, problemami, życiem po prostu, jest fajne, i dla większości ludzi stanowi to sens życia. Mimo, że mam trochę naturę kota (lubię spokój, chodzę własnymi ścieżkami), jestem zwierzęciem stadnym. Poczekam, zobaczę, nie spieszy mi się, choć nieco mi żal moich "najlepszych" lat...
Poza urlopem, i pobytem w szpitalu, czyli sytuacjami, w których zawsze był przy mnie mój Mąż, miałam przyjemność wykazać się umiejętnościami technicznymi (sieć wifi, wszystko na nowo), zaraz po szpitalu musiałam zacząć odwiedzać weterynarza przez jednego z kotów, który do tej pory ma problem, niewiadomo jaki, oraz zweryfikowalam 2 przyjaźnie... W tych sytuacjach też zawsze miałam wsparcie Męża. Przejście tych rzeczy w pojedynkę dało mi kolejne porcje siły. Naprawdę warto przyjmować ciosy od Losu na klatę, nie chować się, nie poddawać, bo to bardzo wzmacnia i uczy życia.
Gdyby nie zakichana pandemia, już dawno poznałabym kolejne osoby, odwiedziła więcej miejsc, ale trudno, przeboleję, nic nie trwa wiecznie przecież :-)
Każdego dnia cieszy mnie piękno przyrody, zwierzęta (głównie moje koty), no i ogólnie jest we mnie więcej optymizmu, niż kiedykolwiek (w ostatnich latach). O czym bym nie pomyślała jeszcze miesiąc temu. Sa oczywiście nadal momenty, np. przy porządkowaniu zdjęć, kiedy żal mi bardzo ściska serce, ale z każdym tygodniem emocje coraz bledsze, i stoję już dwiema nogami mocno na ziemi. Po tym, jak zostało mi z dnia na dzień odebrane oparcie, upadłam, i myślałam, że nie wstanę (nie chciałam przez moment, nie czułam sensu życia), to niesamowite uczucie wiedzieć i widzieć, że życie idzie dalej, i czuć ciekawość tego, co dalej.

Ostatnio mój Eks poprosił o spotkanie w sprawie rachunków, obecnej umowy najmu, rozwodu (latem przyszłego roku, z różnych powodów). Było miło i spokojnie. Dowiedział się, co u mnie się działo i dzieje, mniej więcej, najważniejsze rzeczy, Po raz pierwszy zaproponował pomoc (w zakupach, naprawach). Nie wiem, na ile to wyrzuty sumienia, na ile chęć polubownego rozwodu (który mu i tak obiecałam, bo po co bruździć nam obojgu w życiu), ale i tak dobrze, że jest jak jest, bez kłótni i nienawiści. Napisałam list, po którym zrobiło mi się lepiej, lżej, i zastanawiałam się, czy dam go Byłemu, czy nie... Ale spotkanie przebiegło tak, i on zachowywał się tak, że stwierdziłam "raz kozie śmierć" (czy może coś złego się stać? przez nieemocjonalny list? Jeśli tak, to widać tak miało być). Faceci takich listów nie lubią, ale co mnie to obchodzi. Też wielu rzeczy nie lubię, a muszę przyjąć :-)
Zaczęłam wreszcie rozumieć, że muszę myśleć o sobie, a nie o tym, co on zrobi, pomyśli, itp. I faktycznie, od kiedy to do mnie dotarło naprawdę, a nie tylko w teorii, zaczęłam rozkwitać. Zima i ciemne poranki przestały być smutną perspektywą. Puszczam sobie wtedy jazz w radiu, wieczorem zapalam lampy, świece. Telewizja, Netflix, Player, internet dużo mi dają nadal, ale wiem, że to nie będą jedyni towarzysze w wolnych chwilach (oprócz książek, oczywiście, no i kotów :-)), ale póki co, jest mi dobrze tak jak jest. Z przyjaciółmi i znajomymi spotykam sie częściej niż kiedyś, ale nie za często, bo lubię mieć czas dla siebie nadal. No i praca sprawia mi radość, chętnie robię to, co robię z domu, a w biurze zawsze mam z kim pogadać, mam naprawdę fajnych ludzi tam.



Komentarze
Prześlij komentarz