A może raczej trudniejsza. I jedno i drugie chyba. Jak tylko wydaje mi się, że wyszłam lub wychodzę na prostą, to znów wpadam w dołek: tęsknię (ale tak, że boli), wspominam (samo się robi, ja sie temu tylko poddaję), płaczę. Sentymentalna zawsze byłam, co zwłaszcza w takiej sytuacji nie pomaga. Cierpię więc wielokrotnie bardziej niż wiele innych osób w podobnych sytuacjach, bo na dodatek jestem osobą wysoce wrażliwą (u mnie zawsze muszą być jakieś dziwne syndromy i choroby).
Moje serce wydaje się być martwe, puste. Nie bardzo widzę sens życia (no dobra, w dobre dni widzę, a w tych dołkach niczego nie widzę). A najlepsze jest to, że jak prawie miesiąc temu przypadkiem (i po 12 latach!) odkryłam, że jego pierwsze urodzinowe życzenia dla mnie były w 95% zerżnięte z internetu, to.... wyleczyłam się z tej miłości (dotarło do mnie, że od początku kłamał. Może i w "drobnych", dla niego, sprawach; może i z "dobrymi" intencjami. Dla mnie kłamstwo jest olbrzymim grzechem w związku. Pomijam robienie partnera/partnerkę w trąbę, co na pewno nie jest wyrazem szacunku, i po prostu bardzo mocno nadweręża zaufanie. Trudne lub wręcz niemożliwe jest odbudowanie go potem). Ale tylko na 3 tygodnie. Bo oczywiście ta miłość nigdy nie zniknęła, tylko na chwilę sie schowała. Szkoda, wolałabym czuć częściej złość. Ona bardzo pomaga, dodaje energii do działania, i siły.
Zdaję sobie sprawę z tego, że 1. nie mam pojęcia, co on ma w głowie i w sercu (ani teraz, ani przez ostatnie 12 lat), w związku z tym daję się ponosić mojej wyobraźni, która mnie nie chce zostawić w spokoju, ani mnie nie oszczędza, 2. gdyby chciał, to by się sam odezwał, zapytał, czy w czymś mi nie pomóc (tak, ani razu sam z siebie bezinteresownie nie napisał ani o nic nie zapytał. Jeśli był kontakt, to tylko wymuszony lub związany z jakimś rachunkiem itp. Taka rodzina i taka troska, że szkoda gadać. I to była osoba, dla której ja życie swoje bym oddała).
Staram się sobie wmawiać to, co czytam i słyszę wokół: że nie kocham konkretnej osoby i nie tęsknię za nią, tylko za moim wyobrażeniem o tej osobie, za sobą samą z tamtego okresu, za moimi marzeniami i planami, które Eks rozwalił; za calym moim pieczołowicie, z nadzieją, naiwnością i miłością budowanym światem, który w ciągu minuty zburzył ("jutro jadę do mamy, potem się wyprowadzę" - żadnej rozmowy przed, nic. Wiedziałam, że i tak nic nie mogłam już zrobić).
Jedyne, co mnie czasem "pociesza" to to, że wcześniej ja też chciałam zakończyć ten związek. Prawdę mówiąc tyle razy, że ostatecznie, gdy do tego doszło, byłam przygotowana (na tyle, na ile można być na coś takiego przygotowanym). Wmawiam sobie, że do siebie nie pasowaliśmy, że ja kochałam za bardzo, a on za słabo, nie był nawet obecny duchem przy mnie. Dlatego go 2 lata wcześniej zapytałam, po co w ogóle ze mną jest. Przez lata też wątpiłam, czy mnie w ogóle kocha.
Przeszłam już tak długą drogę, nie mogę się poddać (nie wiem, co to oznacza, przyznam, niemal nigdy się nie poddaję. Chyba że coś naprawdę już nie ma dla mnie sensu). Dobrych dni coraz więcej. Udowodniłam, przede wszystkim sobie, że potrafię sama zająć się domem i kotami, naprawić różne rzeczy, zainstalować to i owo, dźwigać ciężary nawet do 20 kg.
Niemniej jednak, strasznie potrzebuję czasem silnego męskiego ramienia; otwartego, życzliwego mi serca (i ucha); uwagi, ciepła. Tylko tyle, i aż tyle. Niczego więcej nie potrzebuję.
Chciałabym móc znów podróżować z partnerem, którego kocham, ale też który kocha mnie i nie męczy się robiąc ze mną COKOLWIEK. Nie marudzi, nie pyta non stop "PO CO?", "a co tam chcesz?", "a musisz?" itd. Tylko z chęcią i uśmiechem na twarzy idzie ze mną przez życie i jest wdzięczny, że to właśnie on może mi w nim towarzyszyć. Rozmawiać, śmiać się, spacerować, wpaść spontanicznie na indyjskie żarcie do knajpy, itd.
Może sama stoję sobie na drodze jeszcze, przez mój głupi sentymentalizm. Ale dam sobie tyle czasu, ile potrzeba. Zresztą nie mam innego wyjścia, nie da się niczego wymusić: ani na kimś, ani na sobie.
Nadal jestem wdzięczna za wszystko, co dane nam było przeżyć razem, za każdą chwilę. To było pięknych 11 lat. Teraz wydaje mi się, że nic mnie już w życiu nie czeka. Znajomi mówią coś kompletnie odwrotnego, może widzą więcej niż ja.
W tych sentencjach znajduję również dużo siły i ukojenia. Udowadniają, że niemal każdy człowiek przyżywa lub przeżył coś podobnego (tak samo ze śmiercią bliskich, co jednak nie umniejsza bólu w danym momencie). Dają nadzieję, że będzie dobrze, a co najmniej lepiej.
Po każdym kolejnym miesiącu od rozstania myślałam, że przeszłam już tak baaaardzo długą drogę, że już WSZYSTKO zrozumiałam, że już stałam się lepszym człowiekiem. A tu mija ósmy miesiąc, a ja dalej czuję, że jestem dopiero na początku tej drogi. Może dlatego, że moja świadomość wzrosła. Wtedy byłam bardzo naiwna. Nie uważam, że już nie jestem, ale jak patrzę na siebie sprzed 8, 7, 6 itd. miesięcy, to aż mi się żal ;-( Wiem, że z jednej strony nie zasłużyłam sobie na taki ból, zwłaszcza, że serce miałam na dłoni, zwłaszcza przez pierwszych 6-8 lat. Z drugiej - dzięki temu doświadczeniu o wiele lepiej poznałam siebie, i innych. Zrozumiałam, że przez te 11 lat miałam różowe klapki na oczach. Jeszcze trochę czasu potrzebuję, jak widać, ale myślę, że większość drogi, i to najtrudniejszy odcinek, już za mną. W końcu w ciągu 3 miesięcy przeżyłam porzucenie z dnia na dzień w obcym kraju, bez żadnej rodziny, i, jak się po 3 miesiącach okazało, bez przyjaciół (teraz mam nowych, może mniej, ale prawdziwych), z marną pensją, z 2 kotami, które zaczęły akurat chorować; zapalenie nerki i 5 dni w szpitalu (łącznie 8 dni z gorączką 40-stopniową i potwornymi dreszczami oraz bólami brzucha nie do wytrzymania); covid-19 (3 tygodnie na chorobowym; do szpitala nie musiałam, ale byłam na to gotowa; spisałam też testament - po raz pierwszy, choć od lat się z tym nosiłam, ale widać nie miałam wcześniej aż takiej motywacji); utratę 3 "przyjaciółek" i kilkoro znajomych (w 99% przypadków przez temat szczepień, który zresztą nie ja zaczęłam). I to wszystko SAMA.
Nieraz myślałam, co będzie, jak mi serce stanie nagle tu, i kotami nikt się przez kilka dni nie zajmie. I to spędza mi sen z powiek.... Mój własny były mąż kompletnie się naszym (kotów i moim) losem już nie interesuje.
"Mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy" - słowa mojej koleżanki.
Nie będzie z tego żadnej przyjaźni, to jasne.
Komentarze
Prześlij komentarz