Przejdź do głównej zawartości

Bogatsza w kolejne doświadczenia

 


                                          (  to fakt ;-)  )

01. lutego napisalam m.in.:

"Co do mojego wymarzonego, idealnego Księciunia (jesli już miałby sie napatoczyć), to mam następujące wyobrażenia (kolejność dowolna, w sumie):

1) wierny i lojalny, wiadomo; szczery

2) okazujący mojej osobie zainteresowanie uwagę, szacunek i czułość; wyrozumiały

3) pracowity, ambitny, ale nie przesadnie, chętny do pomocy, nie perfekcjonista, wyluzowany, ale obowiązkowy

4) komunikatywny, chętny do rozmów, o czymkolwiek (żeby móc wymieniać się faktami, obserwacjami, wnioskami, artykułami), z obszerną wiedzą ogólną; chciałabym się od mojego partnera też czegoś o życiu nauczyć, podziwiać go

5) kochający, lub co najmniej lubiący, koty, ogólnie zwierzęta i przyrodę

6) uprawiający sport, ale nie na siłowni 5h dziennie, mam na myśli wycieczki rowerowe, spacery, ewentualnie narty itp.; silny

7) lubiący (i umiejący) jeździć autem, podróżować po świecie ogólnie

8) wegetarianin (!)

9) lubiący jazz, oldies (Sinatra etc., 80s i 90s, DM), ale tez pop, house

10) szczęśliwyspełniony człowiek

11) potrafiący śmiać się niemal ze wszystkiego, mający podobne do mnie poczucie humoru

12) wykazujący się czasem inicjatywą, kreatywny, ale nie narzucający się/nie męczący

13) chcę mieć poczucie, że jestem dla niego najważniejszą osobą na świecie = mający podobne (a najlepiej takie same) priorytety do moich

14) tolerujący moje choroby i inne przypadłości, nie "delikatniutki"

15) dopasowany temperamentem seksualnym i potrzebami do moich

16) przystojny (dla mnie)

17) byłoby bajecznie, gdyby znał polski, angielski i niemiecki (poprawnie)"


11. marca:

"Niemniej jednak, strasznie potrzebuję czasem silnego męskiego ramienia; otwartego, życzliwego mi serca (i ucha); uwagi, ciepła. Tylko tyle, i aż tyle. Niczego więcej nie potrzebuję." - M. ;-(

"Chciałabym móc znów podróżować z partnerem, którego kocham, ale też który kocha mnie i nie męczy się robiąc ze mną COKOLWIEK. Nie marudzi, nie pyta non stop "PO CO?", "a co tam chcesz?", "a musisz?" itd. Tylko z chęcią i uśmiechem na twarzy idzie ze mną przez życie i jest wdzięczny, że to właśnie on może mi w nim towarzyszyć. Rozmawiać, śmiać się, spacerować, wpaść spontanicznie na indyjskie żarcie do knajpy, itd.".


Dlaczego to cytuję? Bo poznałam taką osobę - M. (3 dni po ostatnim wpisie!). Dała mi wszystko to, czego tak potwornie mi brakowało przez ostatnie 12 lat: ciepło, czułość, miłość, uwagę, wyrozumiałość, 100% akceptacji tego, jaka jestem (nie ukryłam ani jednej mojej wady ani gorszych cech charakteru). Okazało się jednak, że nie jestem w stanie odwzajemnić jego uczuć na dłuższą metę. Choć cudownie spędzałam czas z M., to niestety wiele jego innych cech nie pozwoliło moim uczuciom się rozwinąć.

Dzięki niemu wiem, że ze mną wszystko w porządku, nic się nie zepsuło, dosłownie nic. I bardzo mnie to cieszy, ogromna ulga. Tylko przykro, że nie wyszło z tak cudowną osobą.

Tak więc, Drogi Wszechświecie, dziękuję bardzo za tę próbę, niemal wyszła. Dobrze nam idzie. Teraz mały "edit" do mojej listy dot. wymarzonego partnera:

musi być silny, nie tylko fizycznie, ale głównie psychicznie; pewny siebie (nie narcyz, nie egoista, nie pyszałek, tylko zdrowo pewny siebie Mężczyzna, który traktuje swoją kobietę jak księżniczkę, ale pozostaje silny i niezłomny, gdy trzeba, i nie wątpi w siebie, ale słucha i chce się rozwijać, emocjonalnie); wiedzący doskonale, czego chce; doceniający to, co ma

Aha, i musi mnie rozśmieszać, rozbawiać, min. raz dziennie. I komunikować, pytać, i czasem coś inicjować, a nie tylko podążać za mną. 

Chcę go podziwiać, obojętne, za co. Chcę się od niego uczyć (dobrych rzeczy). Chcę być go ciekawa i tego, co ma do powiedzenia. Chcę szanować, do końca.

I teraz już wiem, że nie musi znać polskiego, ale fajnie by było, gdyby był otwarty na kilka słówek ;-) Tak jak M.

Tylko niech nie chrapie, i nie śmierdzi, bo nie chcę ciągle spać osobno lub się męczyć.

Zresztą, widziałeś, co było, to wiesz najlepiej, czego zabrakło

Dziękuję z góry :-)



Niemniej jednak, sama sobie w zupełności wystarczam, więc co będzie, to będzie, i kiedy przyjdzie, wtedy przyjdzie. W ogóle trochę szkoda, że dopiero niedawno doszłam do wniosku, że z drugą osobą (nieważne, czy partner, rodzic, rodzeństwo, koleżanka, przyjaciel) powinno być nam lepiej (lub przynajmniej tak samo dobrze) niż w pojedynkę, bo inaczej to strata czasu i męczenie się. Niezależnie od tego, jak fajne cechy ta osoba ma, jeśli nie dodaje do naszego życia niczego, to to nie ma sensu. Niepotrzebnie tak długo chciałam wszystkich uszczęśliwiać, zapominając o moim, zdrowo-egoistycznym dobrym samopoczuciu. Teraz mam kilka osób, które mi to dają i wreszcie osiągnęłam pełny stan zadowolenia. Czuję lekkość. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zdrowy egoizm, bagaż od Rodziny, i parę innych wynurzeń

Całe moje życie, od kiedy pamiętam, myślałam o innych, i o mnie w ich oczach. Dopiero kilka lat temu zaczęło się to zmieniać. Poczynając od relacji z moją siostrą, którą w końcu zdecydowałam się (z szacunku do mojego zdrowia) uciąć po raz kolejny (po wielokrotnym wybaczaniu), przez sytuacje w pracy, które mnie wielu rzeczy nauczyły i przez które musiałam już coś w sobie zmienić, żeby chronić siebie i swoje zdrowie, po odkrycie i pokochanie siebie, bo jestem super, jaka jestem i już nie czuję potrzeby udowadniania tego komukolwiek. Kto mnie naprawdę dobrze zna, ten wie. I  nie musi mnie znać 10 ani 30 lat. Często nawet osoby mieszkające ze mną nie znały mnie tak naprawdę… Ja wiem, jaka jestem, jakie są moje zalety, a jakie słabości. Ludzie mają niesamowite zamiłowanie do oceniania, krytykowania i zmieniania innych (a niech ktoś spróbuje ich skrytykować, a potem powiedzieć „nie bądź taka przewrażliwiona”, „nie bierz tego do siebie” :D). Ale na siebie spojrzeć to już sztuka. Można c...

Nie zawsze jest różowo

Można by pomyśleć, czytając moje pierwsze wpisy, że rozstanie to najlepsze, co się może przydarzyć. Otóż zależy - dla wielu osób prędzej czy później, owszem. Ale samo rozstanie jest oczywiście bolesne - dla niektórych długo i bez przerwy, a inni mają taką sinusoidę jak ja. Bycie porzuconą to najboleśniejsze doświadczenie w życiu, zaraz po śmierci najbliższych. W pierwszym przypadku umiera związek, wszystko, co w niego zainwestowaliśmy, a więc czas, nadzieje i uczucia, umierają plany na przyszłość, ufność, że damy radę przejść wszystko razem, bo przecież "Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie", oraz "nie opuszczę Cię aż do śmierci" - tyle teoria. Ukochany partner nadal jest, żyje, ale... nie możemy już go dotknąć, przytulić się... I to jest chyba gorsze, niż gdyby odszedł naprawdę, tylko że w przypadku śmierci żałoba trwa nieporównanie dłużej, i nie ma momentów złości na osobę, która odeszła. Idealizujemy ją praktycznie już do końca. Co mnie niezmiernie ubodło i ...

Czasowe "dołki" i mój wymarzony partner

  Nie wiem, jakim cudem ten czas tak szybko leci. Od ostatniego wpisu minęły ponad 2 miesiące. Niestety mam poczucie, że niewiele się u mnie przez ten czas zmieniło. Dziś po raz pierwszy piszę nie w sosie ;-) Tydzień temu byłam szczęśliwa, od wczoraj mam dołka, pewnie przez hormony. Raz na wozie, raz pod wozem, jak to w życiu.  Z koleżanką rozmawiałam  o wymarzonym księciu dla mnie. Powiedziała, że kiedyś, dla "żartu" napisala na karteczce, jakiego faceta sobie życzy. I po jakimś czasie faktycznie dostała go od Losu. Może nie zgadzało się wszystko w 100%, ale było "niepokojąco" blisko. Stwierdziłam, że taki wpis/opis/życzenie nie może zaszkodzić, w najgorszym razie obejdę się smakiem i będę sama do końca moich dni, ale przynajmniej ułożę sobie w głowie, czego chcę (i czego nie). Najpierw pokrótce, dlaczego jestem w dołku (mimo, że mam dach nad głową, całkiem miłe wnętrze chałupy, poza tym; wszystkie kończyny, niemal całkiem sprawne; wszystkie zmysły, również wszystk...