To mój ostatni post, ponieważ ten blog miał dotyczyć tylko mojego rozstania i mojego "zbierania się" po nim, tak długo, dopóki nie uzyskam pewności, że już mojego byłego Męża nie kocham, i nie odzyskam siebie sprzed związku, nie zacznę ŻYĆ.
Inaczej sobie to wyobrażałam, przez mój romantyzm. Myślałam, że będziemy znajomymi, że będziemy sobie co jakiś czas wysyłać zabawne rzeczy (memy, linki, zdjęcia, cokolwiek), które tylko my rozumiemy (ze względu na naszą wspólną historię, zabawy językowe/słowne, itp.), że w ogóle będziemy mieć kontakt, ale... Teraz rozumiem, co miała na myśli jedna z moich koleżanek prawie rok temu pisząc (i mówiąc), że nie będę już go potrzebowała w moim życiu, jak uczucia mi miną. Nie wierzyłam, nawet 2 dni temu jeszcze nie. Nie chciałam tego. Jak mogę "zapomnieć" kogoś, kto przez ponad 11 lat był dla mnie najważniejszą osobą w moim życiu, jak mogę tej osoby już nie potrzebować?
Zadzwoniłam do niego, żeby wreszcie wiedzieć (mała rada dla kobiet, o ile jakaś kiedykolwiek będzie to czytać: nie rozmyślajcie ani nie rozmawiajcie o uczuciach, zwłaszcza z eksem o bolesnych sprawach w nieodpowiednich dniach cyklu ;-) Nie jesteśmy wtedy sobą, i daleko nam do twardych babek. Większość rzeczy widzimy wtedy w innych barwach, proporcje i odczucia są całkiem inne niż zazwyczaj): czy dalej uważa, że podjął słuszną decyzję (tak, tak uważa), czy uczucia się wypaliły (tak, u niego tak; czego on chyba nie wie, to że ja do niego od lat żywiłam uczucia platoniczne, i nic więcej. Ale silne na tyle, że byłam gotowa poświęcić niemal wszystko dla niego, nawet cielesność, radość z życia ewidentnie też. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy tak głupieją, ja ewidentnie przez sentyment, uczuciowość. Myślę, mam nadzieję, że już nigdy takiej głupoty nie będę gotowa popełnić. Bo chcę być szczęśliwa, a od 4 miesięcy wreszcie jestem, i to dzień w dzień. Ewidentnie nie potrzebuję nikogo do szczęścia. Ale nie powiem "nie" idealnemu dla mnie partnerowi).
Niewiedza jest czasem bardzo błoga; siedzi się w tym kokoniku, otoczonym słodkimi kłamstewkami, wymyślonymi przez siebie samą/samego i... Pytanie, jak długo się tak chce. Ja czułam sie już na tyle silna, żeby usłyszeć nawet najsmutniejszą dla mnie prawdę. A ponieważ i tak ślepa ani głucha nie byłam, wiedziałam, co usłyszę. Pomogło mi to jednak zakończyć ten etap ostatecznie. Przepłakałam cały dzień. Pierwszy raz od zimy. Poczułam się niemal jak rok temu, serce znów poszło w kawałki. To koniec, już bez żadnych wygodnych i miłych interpretacji, bez nadziei.
Na drugi dzień obudziłam się wyspana, jakby nigdy nic, i dopiero po paru minutach przypomniało mi się, co było dnia poprzedniego. Trochę było mi melancholijnie, ale przyszedł sąsiad znów pomóc mi z kranem, i rozmowa z nim, ogólnie też sam czas, podniosły mnie na duchu. A wieczorem kompletnie nie rozumiałam, o co mi chodzilo poprzedniego dnia, DLACZEGO aż tak zależało mi na tej osobie, że byłam gotowa zmarnować kolejne lata mojego życia. Nie było porozumienia dusz, nie było wzajemnego słuchania ani szacunku, czułości (to jedynie z mojej strony przez wiele lat), nie było życzliwości nawet, nie czułam się zbyt kochana, byliśmy niemal od początku jak współlokatorzy; czułam, że zmusza się dla mnie do wielu rzeczy, że muszę go ciągnąć czasem przez życie, otwierac mu na siłę oczy, żeby zobaczył, ile dobrego ma w swoim życiu, ile szczęścia. Umęczyłam się przez te lata, a on moimi uwagami też, i oboje naszymi kłótniami. Więc komu to miało służyć? Uważałam niemal od początku, i dalej tak uważam, że podjął najlepszą decyzję, i do tego był konsekwentny, do czego ja nie byłabym zdolna przez mój głupi romantyzm. Nie jestem w stanie kochać kogoś, kto nie kocha mnie. Nawet jeżeli to "tylko" kryzys wieku średniego, a wiele na to wskazuje (ale co ja wiem, i nawet jeśli, to facet się przecież do tego nie przyzna), to nie zmienia to niczego dla mnie; jedynie pociesza nieco fakt, że to nie moja wina (nie mówię, że jego, bo na to składa się wiele czynników).
Żeby nie było, że te 11 lat było męczarnią bez dobrych chwil, bo przez pierwsze lata było, według mnie, więcej dobrych momentów/dni, pełnych zrozumienia, śmiechu, żartów, wygłupów/tańców. Byliśmy często fajnym, zgranym teamem; czułam się przy nim bezpieczna, i "na swoim miejscu". Po prostu bardzo mocno go kochałam.
Jestem (i zawsze będę) mu za tyle rzeczy niezmiernie wdzięczna, szanuję go jako człowieka, i nie żałuję niczego, bo dzięki tym doświadczeniom jestem w tym miejscu, w którym jestem. Jest mi przykro, bo straciłam najbliższą mi osobę, z którą chciałam spędzić życie. Patrzyliśmy na wiele spraw tak samo.
Jestem również bardzo wdzięczna M., za to, że pokazał mi jak to jest czuć się kochaną na 100% (a nawet 110%), i że się na to zasługuje samym tym, że jest się SOBĄ.
Mój Mąż był miłością mojego dotychczasowego życia. Teraz zaczynam nowe, i bardzo się na nie cieszę. Nie ma tego złego. A Los wie, co robi.
Komentarze
Prześlij komentarz